środa, 5 lipca 2017

Taterki i Pieniny

Przyjechać do Polski i nie pójść w góry? Byłaby to niemożliwość. Już kilka dni po moim przylocie z Pekinu wygrzebałam trepy, ciepłe ciuchy, czekan (który nieco podpleśniał przez dwa lata, a i tak przydał się tylko do podrapania po plecach nawiasem mówiąc) i inne potrzebne przyrządy i wraz z rodzicami pojechaliśmy w Tatry.  


Przed samym zapakowaniem się do samochodu nie obyło się oczywiście bez problemu. Okazało się, że dach w chałupie cieknie i strych zalewa. Zawsze musi się coś spieprzyć! No, ale cóż poradzić, naprawić trzeba było. Wyjazd przesunął się o kilka godzin i z planów wyruszenia morderczo wczesnym rankiem i ominięcia korka (było to tuż przed majówką, a więc i hordy ludzi wyruszają w góry). Korek nas capnął niestety w swe odmęty i dotarcie na miejsce się opóźniło.


Zatrzymaliśmy się tradycyjnie u znajomych w Białce Tatrzańskiej, jako i ostatnio kiedy zawitałam do Polski (i znów się nie mogę nadziwić, jakże to było dawno!). Kwaśnica wylądowała w brzusiu, a potem przyszedł czas na ciepłe źródła i saunę. Idealne dla mnie, gdyż od przyjazdu przeokropnie marzłam. Kto to widział temperatury w okolicy zera w maju?! A ja głupia czekałam specjalnie na wiosnę, zamiast lecieć w lutym w celu uniknięcia zimna. Dupa. Zimno i tak mnie dorwało.


Nie mogłam ominąć oczywiście takich atrakcji, jak Żywiec Biały (chyba całe zapasy w Białce i Bukowinie zostały wychlane!) oraz Soplica (nie polecam mirabelkowej - pachnie żelem pod prysznic i śmiem twierdzić, że tak też smakuje,choć nigdy nie piłam żelu pod prysznic; fu!). No, ale imprezowanie imprezowaniem. Głównym punktem programu były góry. I tutaj znów wstawanie rano, celem uniknięcia potopu turystów. W  dzień pierwszy relaksik na Polanie Rusinowej, gdzie jak widać na powyższej foci, wisiały lodowe sople. 


W dzień drugi poszliśmy do Doliny Chochołowskiej. Na początku było całkiem spokojnie, ludziom się chyba nie za bardzo chciało wstawać o 5.30. Bardzo się ucieszyłam, że w schronisku mieli barszczyk. Ale mi się tęskniło za barszczykiem! Niestety jak doszliśmy do Smreczyńskiej pokonując lód i śnieg, to zaczęli się złazić nieokrzesani ludzie. A to darcie japy, chlanie wódy z gwinta, dmuchanie dymem z peciwa w ryj... Łeee! 


Majówka, to majówka, można było się spodziewać najazdu ceprów. Wracając mijaliśmy takie gromady ludzi, że wydawało mi się, że jestem na powrót w Sajgonie. Tylko w powietrzu jakoś mniej smogu... Dodatkowo okazało się, że moje cudowne buciwa, niezniszczalne Scarpy chyba dokonały żywota. Wkładka się ugniotła i zaczęła niemiłosiernie obcierać. Szczęście, że miałam drugie buty (zakupione do zabrania do Wietnamu, po kradzieży poprzednich trepów w Malezji)


Na dzień trzeci ja wybrałam miejsce. Czarny Staw Gąsienicowy. Po przyjeździe do Kuźnic zorientowałam się, że najlepszym biznesem w Tatrach na świecie są parkingi. Do tej pory jakoś sobie nie zdawałam sobie sprawy z tego, gdyż przemieszczałam się w tych rejonach busiwem lub autostopem. A tutaj kawałek gruntu, zadek na krzesełku, browar w łapę i kasa leci, bo auta gdzieś stać muszą! Nic tylko kupować ziemię i inwestować w parking!


Kolejka do wyciągu na Kasprowy Wierch była przeogromna, nawet dość wcześnie rano. Na szlaku na szczęście tłoczno nie było. Można sobie było elegancko dreptać. Do momentu, kiedy się zaczęły wyłaniać pokłady lodo-śniegu. Raki moje oczywiście gdzieś się straciły (i tak były okropne i życzyłam im zguby, po tym jak same prawi doprowadziły mnie do niej psując się na Zawracie), praktykowałam więc różnego rodzaju zjazdo-ślizgi tego dnia. 


W Murowańcu oczywiście musiał być browarek i barszcz z uszkami (nigdy dosyć barszczu czerwonego, mniam!), a potem przyszła pora na Czarny Staw Gąsienicowy. (Przez nieuwagę napisałam SWAT zamiast staw - w sumie to dobre miejsce, aby się zeswatać.) Powspominałam sobie różne ciekawe sytuacje, co przydarzyły się tam (może powinnam zacząć pisać serię postów o przygłupich górskich przygodach?) i trzeba było wracać. W dużej mierze zjeżdżając na dupie po lodzie. 


Dzień czwarty - ostatni - już tym razem sama poszłam w Pieniny. Znów bardzo wcześnie, żeby nie przeciskać się przez tłum. Lubię Pieniny i spędziłam tam miły dzień, pomimo tego, że nieco deszcz popadywał. Przynajmniej nie było śniegu i lodu i dupozjazda. Po raz pierwszy również wlazłam na taras widokowy na Trzech Koronach. Zawsze sobie znajdowałam wymówkę, żeby go ominąć, a tak naprawdę to boję się włazić po tych pierońskich kratach. Toż to człowiek ma wrażenie, że w dół przez nie przeleci. 


Tym razem jednak postanowiłam sobie, że nie ma zmiłuj i wlazłam. Zwłaszcza, że nie było bardzo wielu ludzi. Od innych turystów słyszałam, że poprzedniego dnia kolejka do tarasu była taka, że hohoho, w cholerę i jeszcze dalej. Zapewne kilka godzin później również wydłużyła się monstrualnie (a może i nie, bo deszcz?). Tak, czy inaczej - wlazłam, zlazłam i skończyło się dobre. Tyle to mojego czasu w polskich górach, za którymi przyjdzie tęsknić aż do następnej wizyty w kraju...

8 komentarzy:

  1. Byłam w Pieninach trzy lata temu, a w Tatrach straaasznie dawno, bo te hordy dzikich turystów mnie irytują. Wolę Bieszczady, choć tam nisko, a też robi się tłoczno. Jestem za postem o głupich przygodach! 3xTAK :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dlatego zawsze lubowałam się w górskich wycieczkach zimą, bo wtedy można uniknąć hord :) teraz to już było bez znaczenia, bo w Polsce byłam króciótko, więc pognałam, jak tylko była okazja. A Bieszczady też są super!

      Usuń
  2. Przyjechać do Polski i nie pójść w góry? Byłaby to niemożliwość."
    Oj tak, masz w zupełności rację. Dla mnie też nie ma opcji żebym nie wpadł w Tatry choć na 3-4 dni odpocząć od azjatyckigo zgiełku.
    Pozdr Paweł

    OdpowiedzUsuń
  3. Och te góry, góry... Jak już raz je pokochasz to przepadłeś 💚 Są z nami nawet, gdy nie jesteśmy pośród nich, bo one przenikają umysł i duszę, a ich magia jest niezwykła 💛

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, góry jak już raz wciągną,to na dobre

      Usuń