środa, 12 lipca 2017

Mieszkaniowe dramaty w Wietnamie

Gorące, niczym świeże bułeczki historyjki z poszukiwania mieszkania w Wietnamie. Na szczęście nie przeżyłam zbyt wielu traum. 2 moje pierwsze mieszkania były zorganizowane przez pracę. Powodzie wieczne dały mi popalić, więc z chęcią przyjęłam propozycję szefa, że zamiast firmowego mieszkania dostanę po prostu dodatek pieniężny, a szukaniem nowego lokum i formalnościami zajmę się sama.

widok z balkonu w nowym domu - poszukiwania udały się

Pierwsze co mi przyszło do głowy - strony dla ekspatów. To niestety nie był dobry pomysł, gdyż ceny jawiły się iście kosmiczne. Za sprawę zabrała się wietnamska koleżanka i niespodziewanie szybko udało się wyszukać kilka ciekawych ofert.

Pierwsze mieszkanie - umawiamy się na oglądanie. Z 10 minut przed wyjściem właściciel informuje, że możemy zobaczyć tylko jeden pokój, bo klucza nie ma. Po paru dniach "zaginiony" klucz został odzyskany, więc wszystko gra. Mieszkanie ok, można brać. I nagle ni stąd ni z owąd cena wzrasta o 2mln VND (400zł). Dlaczego? Czyżby dlatego, że zjawił się białas?

Drugie mieszkanie - umawiamy się z agentem o 17.00. Wietnamskim zwyczajem bycia nie na czas na miejscu jestem 17.20. O 17.40 dzwonimy do agenta - jest jeszcze w domu i szuka klucza... O 18.00 dzwoni agentka z kolejnego mieszkania, że już przyszła (umówione na 17.45). Po 18.00 oglądam chatę. Jest nieumeblowana. Dyskutujemy o cenie za dodanie mebli. 9 milionów (1.800zł) za szafę (a czynsz tyle samo). Dziękuję, mam to gdzieś.

Trzecie mieszkanie - nie obejrzałam, bo spieszyłam się na jogę, a przez agenta spóźnialskiego sama bym się prawie spóźniła! Widziały je koleżanki i nakręciły film dla mnie. Spoko! Właścicielka zgodziła się nawet dodać do umowy, że koty mogą być w mieszkaniu. Przeprowadzka po tygodniu szybko i sprawnie. Tylko okazało się, że klima w mojej sypialni nie działa...

kot, tak dla uatrakcyjnienia wpisu

Dlaczego chciałam w kontrakcie koty? Ano, bo moja znajoma przygarnęła kota. Właścicielka kazała się go pozbyć powołując się na umowę, w której było zakazanie trzymane zwierząt. Zdesperowana koleżanka jej nie doczytała i płakała nad kaucją, która przepadnie, jak się wyprowadzi przedwcześnie. Pokazała mi dokument, tam owszem zakaz zwierząt, ale takich jak "livestock" i "poultry". Ani słowa o "pets". Poradziłam, żeby pokłóciła się nieco, że kot to wszak nie trzoda ani drób (nawet jej wypisałam piękne definicje powyższych słów).
Skończyło się chyba utratą twarzy... znajoma została w swym mieszkaniu.

I na koniec jeszcze jedna sytuacja. Rachunki!

Najczęściej rozwozi je facecik na popierdóle. Dzwoni, daje papier i chce by mu płacić. Już, teraz, zaraz. Kwitu wydawać nie chce, bo wszak prowizja mu przepadnie, jak człowiek zapłaci nie u niego (jest nieco drożej, niż wziąć wydruk, pójść do apteki i tam zapłacić - tak tak, w Wietnamie rachunki można płacić w aptece). Żeby do skrzynki wrzucili - o nie, nie. To się nie zdarza.
Na początku, po przeprowadzce do domu z blokowiska (gdzie rachunki zawsze były, jak u białych ludzi w skrzynce pocztowej przez zarząd budynku) nie wiedziałam o tym, że rachunków mi nie zostawią. No to ich nie dostawałam. Jak nie dostawałam, to nie płaciłam, bo skąd mam wiedzieć ile i jak? Myślałam sobie, że może dają co 3 miesiące, albo co... Pewnego dnia odcięli mi dzięki temu prąd. Wyobraźcie sobie - ciemność, zimna woda, brak klimatyzacji, popsute żarcie w lodówce...
Solidna awantura wywołana tą sytuacją spowodowała, że pan na motorynie zaczął mi wrzucać rachunki do skrzynki. W tym przez parę miesięcy nie moje rachunki za internet... Ciekawe czy komuś go odcięli.

4 komentarze:

  1. Uwielbiam historie mieszkaniowe. Wydaje mi się ze to przygoda w każdym kraju!!! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tak! w Polsce szczerze mówiąc miałam gorsze!

      Usuń