środa, 21 czerwca 2017

Azja po dwóch latach. Co się zmieniło?

Dzisiejszy post napisałam w ramach projektu letniego Klubu Polki Na Obczyźnie. Opowiadamy w nim, jak z biegiem czasu zmieniło się nam postrzeganie naszych krajów emigracji.

***

Już niedługo minie 2 lata, odkąd przeprowadziłam się do Azji (ależ ten cas leci!). Opowiem zatem o dwóch krajach - Tajlandii i Wietnamie. Odczucia ich dotyczące i wszelkie zmiany zachodzące w podejściu do otaczającego świata mocno się zazębiają. Przenosiny z Niemiec do szalonej Azji Południowo-Wschodniej nieźle mi zakręciły w głowie. I stopniowo wywróciły wszystko w moim życiu do góry nogami.


Tajlandia jawiła mi się na początku, jako jeden wielki chaos. Dziki szał na ulicach. 5-osobowe rodziny na motorynach, do tego z psem, lub kozą. Ruch lewostronny nie do pojęcia. Chmary robactwa latającego, biegającego i chyba nawet teleportującego się, bo pojawiały się znikąd. Dżungla. Brak ciepłej wody, awarie prądu i internetu. Brak pralki w mieszkaniu. Kucane kibelki. Porażająco ostre żarcie, w którym nic nie było czuć, prócz chilli. Dezorganizacja. Chodzenie bez butów. Ludzie nie potrafiący czytać i pisać. Ulepione stoliki w knajpach, miniaturowe plastikowe stołeczki i szczury zerkające z kącika na moje jadło. Gekony na suficie. Węże. Słomki do każdego napoju w Seven - Eleven. Upał, nieziemski gorąc, skwar. Pot i wieczna lepkość.

Tak, początek był ciężki. Ale potem wszystko się zmieniło. Dżungla została moim miejscem na świecie. Kucane kibelki, tak na dobrą sprawę w miejscach publicznych ułatwiają tylko pozę Małysza, a nawet lądowanie z telemarkiem. Wodę ciepłą jakoś dało się zorganizować. A podczas awarii prądu nocą mogłam się położyć na ziemi i obserwować rozgwieżdżone niebo. Internet? Po co komu, zawsze można było pójść do jedynego baru we wsi i siedzieć przy świeczkach i browarze. Do jazdy się przyzwyczaiłam, wiele pomógł mi van, którym podróżowałam służbowo - w myśl zasady "większy ma pierwszeństwo". Nauczyłam się nawet przewozić po 3 osoby na skuterze, czy też ciągnąć za sobą walizkę jadąc. Gekony i węże spowszedniały. Robactwo nigdy. I to się chyba nie stanie. Wzdrygam się (a i krzyknąć się zdarzy) na ich widok niezmiennie. Na upaćkane stoły i szczurzych towarzyszy można przymykać oko, bo przecież jedzenie takie dobre. A upał - cóż. Przyjemne ciepełko.

Tajlandia stała się moim domem. Nie tylko na czas zamieszkania tam. Na zawsze, tak w głębi serca. 


Przenosząc się do Wietnamu nie spodziewałam się większego szoku, czułam się zaprawiona w bojach. Ale jak się okazuje był szok i tym razem. Bo tak wiele wszystkiego! Naprawdę - WSZYSTKO. WSZĘDZIE. Sierpy i młoty dookoła. Życie wręcz pędziło przed siebie w kakofonii dźwięków i oparach smogu. Próżno szukać tajskiego spokoju i pogody ducha. Na drodze zupełna dzicz, coś nie do opisania. Jazda po Tajlandii nagle okazała się bułką z masłem. Ludzie jacyś tacy bardziej gburowaci. Nie dało doszukać się ni cienia uśmiechu w odpowiedzi na nieśmiałe próby wypowiadania pierwszych wietnamskich słówek. Prędzej spotykało mnie odwrócenie głowy i ignorowanie. Próby oszustwa na czym popadnie. Jedzenie cosik nijakie w porównaniu z tajskim. Gdzie to chilli? I stoły bardziej ulepione, szczurów więcej, a w dodatku łatwo się struć. Wszystko przesiąknięte odorem obrzydliwej kolendry. I ogólnie śmieciami. Śmieci wszędzie... nawet w knajpach - rzucane wprost pod stoliki. No i gdzie nóż i widelec?! Jedzenie makaronu z zupy pałeczkami? Krojenie mięsa łyżką? Kto to widział? Na całe szczęście robactwa jakoś zdecydowanie mniej. I komarów. Chyba to wszystko czeźnie przez smogowe wyziewy. I wisienka na torcie - plucie, charkanie, smarkanie. Żołądek podłazi do gardła! Gdzieś ci kulturalni Tajowie, a nawet Birmańczycy żujący betel i plujący nim na czerwono, ale za to bezdźwięcznie?!

Serce mi pękało z tęsknoty za Tajlandią. Za dżunglą. Za świętym spokojem. Ale stopniowo, z czasem jakoś to wszystko poszło. Ze smogiem można sobie poradzić - wzorem Wietnamczyków: maseczka na pół twarzy i plastikowe okulary na drugie pół. Ruch drogowy - no cóż. Z tym się nie da nic zrobić. Trzeba walczyć o przetrwanie. Na hałas pomagają jedynie stopery do uszu i muzyka w słuchawkach. Oszukać się już nie pozwalam, a również dobitnie informuję, że wykryłam złe zamiary. Delikwent traci wtedy twarz. Jedzenie - nagle mnie olśniło! Owoce morza takie pyszne. A ludzie umieją czytać, więc przecież można im pokazać na karteczce "bez kolendry". I wtedy nie ma w żarełku paskudztwa. Jak to prosto, kiedy każdy umie czytać! A jak w ogóle można jeść zupę inaczej, niż wybierając co lepsze kąski i makaron pałeczkami? Człowiek by się samą łyżką na śmierć zamachał. Śmieci, charkanie, plucie, smarkanie - cóż. Trzeba było nauczyć się z tym żyć. Udaję ślepą i głuchą. Czasem wymaga to niemalże medytacji, ale żołądek przynajmniej nie wywija już salta.

Wietnam jeszcze nie jest moim rajem, jak Tajlandia. Jeszcze go oswajam. Ale mam niejasne przeczucie, że kiedy będę już wyjeżdżać do kolejnego miejsca, to wtedy poczuję to wszystko, co teraz jeszcze drzemie gdzieś głęboko...


W Tajlandii i Wietnamie nic znacznego się nie zmieniło przez te dwa lata. Za to te kraje zmieniły mnie. Moje spojrzenie na świat, na siebie, na ludzi. Na Europę i Polskę. To dopiero dziwne przeżycie, stanąć na polskiej ziemi po niemal dwóch latach nieobecności. To wtedy zorientowałam się, że to ja się aż tak zmieniłam. Nie Tajlandia, nie Wietnam, nie Polska. To tylko coś w głowie już nigdy nie będzie takie samo.

“Why do you go away? So that you can come back. So that you can see the place you came from with new eyes and extra colors. And the people there see you differently, too. Coming back to where you started is not the same as never leaving.”

- Terry Pratchett, A Hat Full of Sky

6 komentarzy:

  1. Ty to się wszędzie umiesz znaleźć. Jestem Twoją stałą fanką, ale to chyba już wiesz 😉, i ciągle czekam na odwiedziny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! :) ja już miałam dobre bilety na Tajwan znalezione,ale tak wypadło, że na początku przyszłego miesiąca przeprowadzka. więc znów się odwleka.

      Usuń
  2. No a ja to Cie podziwiam za odwage i sle, by plynac pod prad i ciagle z energia :)
    No i az uodporinenie na smieci, smog i gburowatosc :)
    Sciskam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem trudno płynąć podprąd, zwłaszcza w tej cholernej powodzi. Ale już w przyszłym tygodniu zamieniam powódź na basen przy domu :)
      Ściskam! :*

      Usuń
  3. Podziwiam, że potrafisz się odnaleźć w tym szaleństwie! :D A ja kolendrę uwielbiam i mogłabym jeść codziennie (nienawidzę za to pietruszki) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ale Ty też dajesz radę w ciekawym miejscu :)
      a pietruszki kiedyś też nie lubiłam, teraz kocham :D

      Usuń